Znacie inną dziedzinę niż moda (w dodatku tak bliską każdemu człowiekowi), która pozwala przenieść się do całkiem innej rzeczywistości – albo przynajmniej trochę poudawać? Od zawsze całe sztaby specjalistów – projektantów, stylistów, makijażystów czy fotografów – pracują nad tym, by za sprawą sesji zdjęciowych, pokazów albo po prostu nosząc konkretny strój, móc choć na chwilę znaleźć się w świecie lepszym, piękniejszym… Niedawno dołączyli do nich także spece od nowych technologii. A wraz z nimi pojawiły się pojęcia wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości*. Granica między tym, co prawdziwe, a co nie, tym mocniej ulega zatarciu. Jak to wygląda w praktyce? Czytaj dalej
Author Archives: kroljestnagi
Efekt WOW! Czyli futurystyczna moda Eweliny Kosmal.
Z projektantką, Eweliną Kosmal spotykam się na Saskiej Kępie, w butiku Kolektyw Ka, który założyła wspólnie z kilkoma innymi designerami (o samym miejscu będę jeszcze pisać wkrótce). Ewelina znalazła dla mnie czas, choć ostatnio jest rozchwytywana przez media. Nic dziwnego, właśnie została wyróżniona w prestiżowym konkursie dla projektantów World of WearableArt (WoW) organizowanym w Nowej Zelandii. Jej projekt nie mógł pozostawić jurorów obojętnymi. Intrygujący i niepokojący jest ucieleśnieniem wizji przyszłości. I pytaniem o to, co nastąpi w wyniku zderzenia cywilizacji. Z projektantką rozmawiam o tym, jaka jest odpowiedź. A także o tym, jak od podszewki wygląda rynek mody w Polsce i jak zmieniał się na przestrzeni ostatnich lat. Czytaj dalej
CONFASHION: Mów mi Henri.
Co powstanie w wyniku połączenia twórczości Matisse’a, Tomaszewskiego i Stażewskiego? Koktajl smaczny i ożywczy – najnowsza kolekcja polskiej marki CONFASHION – „I love you Henri“.
Kinga Król – projektantka marki i jedna z jej założycielek (obok Grażyny Epting) pracując nad nadrukami do jesienno-zimowej kolekcji, nie chciała ograniczać się jedynie do pracy przy komputerze. Postanowiła stworzyć multibarwne i wyraziste kolaże. Na myśl przyszedł jej wówczas Henri Matisse. Tak narodził się pomysł na tytuł całości. I pojawiły się kolejne skojarzenia. Na jednej z bluz powstał print „Love“ nawiązujący do słynnego plakatu Henryka Tomaszewskiego, a na dzianych sukienkach w prążki zagościły barwne prostokąty niczym z obrazów Henryka Stażewskiego. Tak wyglądały początki energetycznej popowej kolekcji o miejskim charakterze (wzmocnionym za sprawą nowoczesnych, zgeometryzowanych form). A jak wyglądały początki Confashion? Czytaj dalej
Jerzy Antkowiak. Cienie i blaski nowej książki o legendzie polskiej mody.
W pierwszej połowie października na rynku pojawiła się książka, która powinna znaleźć się w biblioteczce każdego zainteresowanego historią mody. Kolejna już zresztą z serii publikacji przybliżających sylwetki największych kreatorów wydana przez Bukowy Las. Pierwsza zaś poświęcona twórcy z Polski. Któż więc mógł zostać jej bohaterem, jeśli nie Jerzy Antkowiak – wieloletni projektant Mody Polskiej – czołowego domu mody PRL-u. I chyba jedyny jak dotąd rodzimy artysta, którego można porównywać do samego Yvesa Saint Laurenta (przez Antkowiaka stawianego zresztą za wzór). Nic więc dziwnego, że tytuł książki „Niegrzeczny chłopiec polskiej mody“ jest parafrazą tytułu biografii samego mistrza.
Antkowiaka poznajemy jako „urwisa Jurasa“, którego już od najmłodszych lat cechowały pewność siebie, spryt i charyzma, niejednokrotnie pomagające mu wyjść z tarapatów, w które pakował się z uwagi na swoją psotliwość i ciekawość. To właśnie one przydały mu się w czasie wojny, kiedy będąc małym chłopcem tlenionym na blond jeździł wagonem „nur fur Deutsche“, nieświadomie przewożąc tajne przesyłki. One pozwoliły później zdać egzaminy na studia plastyczne, pomimo niezbyt dokładnego do nich przygotowania. A następnie zdobyć serce Pani Dany, żony Antkowiaka i jego muzy, która jak sam projektant twierdzi miała o wielu przystojniejszych adoratorów. I w końcu to one pomogły zyskać akceptację dystyngowanej, surowej i zawsze eleganckiej Jadwigi Grabowskiej – „polskiej Madame Chanel“, szefowej Mody Polskiej – i tym samym dostać się do pracy w kultowym domu mody oraz odnieść w nim sukces.
Książka pełna osobistych anegdot (w końcu Antkowiak obok Agnieszki J. Janas jest jej autorem) pozwala w pełni poznać charakter projektanta – duszę towarzystwa, gawędziarza i dowcipnisia (żarty towarzyszą tej opowieści – od początku do końca). Jest także źródłem wiedzy o branży mody w trudnych czasach komunizmu w Polsce. Dowiadujemy się więc, jak projektanci Mody Polskiej do kolekcji przemycali własną kreatywność i ekstrawaganckie światowe trendy w czasach, kiedy ubrania miały przede wszystkim być skromne i praktyczne, by służyć ludowi pracującemu. Jak Antkowiakowi udawało się uczestniczyć w paryskich pokazach mody, kiedy w kraju zdobycie paszportu graniczyło z cudem. Jakie opisy zawierały katalogi do użytku służbowego pracowników Mody Polskiej podsumowujące dominujące trendy danego sezonu. A także, jak zupełnie inaczej niż dziś wyglądała praca modeli i modelek (dziewczyny musiały m.in. mieć własne rajstopy, będące wówczas towarem deficytowym, przez co często naprawiano je w punkcie repasacji pończoch!).
Książkę czyta się z zapartym tchem, choć dotyczy to głównie jej pierwszej części poświęconej młodości Antkowiaka i początkom jego pracy w Modzie Polskiej. W drugiej połowie wkrada się odrobina chaosu. Dobór i kolejność rozdziałów jest mniej przemyślana i klarowna, a ilość osobistych akcentów się zmniejsza… Więcej dowiadujemy się np. o innych osobach z branży (głównie modelkach) niż o samym Antkowiaku. To pozostawia pewien niedosyt. Szczególnie osobom, które szczególnie zainteresowane są aspektami związanymi z samą pracą projektanta. Pocieszenie mogą jednak znaleźć w postaci licznych rysunków żurnalowych artysty i ilustrowanych przez niego prywatnych listów do żony. Zapoznać się warto!
Zdjęcia: Tomasz Malczyk (materiały prasowe Bukowego Lasu), Magdalena Zawadzka.
Window shopping in Ljubljana.
Stolica Słowenii – Lublana potrafi zauroczyć! Nie tylko architekturą, dzięki której można przenieść się w czasie, ale przede wszystkim rękodziełem i dobrym designem. Wybierzcie się ze mną na window shopping:
Fot. Lukas Thor-Thot, Magdalena Zawadzka.
A158, czyli wielka moda dla niedużych.
Na wysokich i wychudzonych modelkach każda rzecz wygląda dobrze, gorzej gdy trzeba zaprojektować coś dla kobiety z krwi i kości. Poziom trudności rośnie w przypadku sylwetek nietypowych. Z tym wyzwaniem zmierzyła się Agnieszka Gębska, która postanowiła tworzyć ubrania dla kobiet niewielkiego wzrostu. Projektantka doskonale zna ich potrzeby, ponieważ sama mierzy dokładnie 158 cm. Stąd zresztą nazwa stworzonej przez nią marki – A158.
Gębska z wyczuciem operuje proporcjami ubrań. Są one nie tylko dostosowane do potrzeb niewysokich kobiet, ale i same w sobie bardzo intrygujące. Projektantka czerpie bowiem z architektury. Za pomocą plisów, zakładek i asymetrycznych cięć buduje wyrafinowane acz nieudziwnione kreacje. Każda linia powstaje wokół jednego konkretnego tematu. To właśnie on decyduje o doborze odpowiednich tkanin i kolorystyki kolekcji, a następnie determinuje scenografię kampanii czy sam koncept sesji wizerunkowej. Zawsze jest jednak elegancko i nowocześnie. W przypadku najnowszej, jesiennej linii A158 zatytuowanej „Dream of order“ inspiracją była twórczość Le Corbusiera – słynnego architekta nazywanego „ojcem blokowisk“. Nic dziwnego więc, że dominują tu proste ubrania z szarej matowej wełny, od czasu do czasu ożywione jedynie za sprawą dekoracyjnych detali (z jedwabnej organzy) utrzymanych w podstawowych kolorach (żółtym, czerwonym i niebieskim) – tak charakterystycznych dla budowli modernistycznych.
Le Corbusier mógłby być dumny, bo ubrania z najnowszej linii A158 choć wyrafinowane w formie, z powodzeniem nadają się dla każdego. Dokładnie tak jak projekty samego mistrza.
Dobra wiadomość, dla dziewczyn hojniej obdarzonych wzrostem: Większość modeli dostępnych w kolekcji, można także zamówić w wersji dostosowanej do indywidualnych wymiarów!
Zdjęcia: Olga Ozierańska.
Moda przyszłości?
Nie wiecie, co to wearables, beacon, start-up albo na czym polega agile fashion? Błąd, bo te określenia już niebawem mogą na dobre zagościć w języku branży mody. Ale spokojnie, braki można nadrobić. Ja też nie słyszałam żadnego z tych pojęć (no dobra, prawie), dopóki nie natrafiłam na Kasię Gola i cyklicznie organizowane przez nią spotkania GGC Fash & Tech.
Kasia jest geekiem. Dość nietypowym, bo choć o komputerach, języku programowania i najnowszych technologiach wie wiele lubi od czasu do czasu (a nawet całkiem często) wyściubić nos zza monitora i spotkać się z ludźmi. I interesuje się modą. Niemożliwe? A jednak. W dodatku wszystkie te pasje postanowiła połączyć. Cztery lata temu natrafiła na wypowiedź Anny Wintour podczas uroczystości Webby Awards (papieżyca mody odbierała wówczas nagrodę za portal Vogue.com). Słowa Wintour „Sometimes geeks can be chic” były dla Kasi przełomowe. Założyła bloga GeekGoesChic.Co, na łamach którego pisze o wpływie nowych technologii na modę. Nie tylko od strony jej powstawania (w siłę rośnie np. drukowanie 3D czy produkcja odzieży interaktywnej, „inteligentnej” fachowo zwanej wearables), ale także sprzedaży i marketingu. Kasia jest najlepszym radarem zmian zachodzących w branży mody pod wpływem nowych technologii, i co najlepsze, swoją wiedzą chce dzielić się z innymi. Sam blog przestał wystarczać. Kasia wpadła na pomysł, by regularnie organizować spotkania mające na celu oswojenie ze sobą dwóch pozornie niepasujących do siebie światów. Pierwsze GGC Fash & Tech Meetups odbyły się w Krakowie, przyciągając tłumy, dlatego też Kasia postanowiła zorganizować je także w Warszawie. Pomógł Google, w którego siedzibie, na 7. piętrze wieżowca przy Emilii Plater, raz w miesiącu spotykają się młodzi projektanci, dziennikarze, blogerzy czy inni entuzjaści mody z programistami oraz przedstawicielami renomowanych marek, których funkcjonowanie bazuje na osiągnięciach hi-tech (partnerem wydarzenia jest m.in. Allegro). Każdemu z eventów przyświeca konkretny temat, zgodnie z którym przygotowywane są krótkie acz treściwe prelekcje ekspertów, będące pretekstem do dalszej dyskusji. Najbardziej żarliwe rozmowy odbywają się zwłaszcza podczas przerwy. To właśnie wtedy nieznający się wcześniej ludzie bez skrępowania podchodzą do siebie, wymieniają wizytówkami i zawierają znajomości, które następnie naprawdę procentują (być może nie bez znaczenia jest obecność na stołach nie tylko pysznego jedzenia, ale i… piwa). Warto tego doświadczyć na własnej skórze.
W ubiegły czwartek po wakacyjnej przerwie ruszyła druga edycja GGC Fash & Tech Meetups, podczas którego mówiliśmy, jak zwiększyć sprzedaż swojej marki za sprawą dobrodziejstw Internetu i powiązanych z nim gadżetów (wspomniane beacony).
Kolejne spotkanie, tym razem pod hasłem „VR, AR, 3D w branży modowej” odbędzie się 22 października. Nie wiecie o co chodzi? No właśnie… Tym bardziej przyjdźcie!
Uwaga! W wydarzeniu można wziąć udział tylko po wcześniejszym zarejestrowaniu się za pomocą specjalnego formularza, znajdziecie go tu: https://www.facebook.com/events/179376425732256/
A tu link do bloga Kasi: http://geekgoeschic.co/geek-goes-chic/
Zdjęcia: Andrzej Wieser.
Trendy na jesień 2015 r.
Kaaskas: Elegancja w starym stylu.
To, że mam słabość do stylu retro, wiadomo, jeśli tylko regularnie zagląda się na tego bloga i na mój Instagram. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że nurt ten stał się dominujący wśród trendów na nadchodzący sezon (a może to właśnie dlatego podoba mi się tak bardzo? O tym, że kierunek tej zależności wcale nie jest tak oczywisty, wiedzą wszyscy ci, którzy choć raz mieli okazję obejrzeć film „Diabeł ubiera się u Prady”). Dziś spotkałam się jednak z interpretacją retro inną niż wszystkie. To zasługa marki Kaaskas, która w swojej warszawskiej pracowni zaprezentowała kolekcję na jesień.
W pierwszej chwili linia zachwyca kolorami. Obok wysmakowanych: ciemnej zieleni, granatowego, miedzianego i bordowego występują żywe: niebieski, liliowy i różowy. To wystarczy, by ubraniom chcieć przyglądać się dłużej. A wtedy dostrzec już można przemyślane, bardzo subtelne detale: okrągłe kieszonki w bluzkach czy wycięcia w płaszczach, zakładki w spódnicach, delikatne falbany przy mankietach, fontazie przy koszulach… To właśnie one nadają oryginalności wyrafinowanym ascetycznym ubraniom, budzącym skojarzenie z tradycyjnym strojem japońskim. Nie brakuje także charakterystycznych dla marki printów – tym razem w formie klonowych liści – oczywiście w wydaniu niedosłownym – graficznym. Bez zarzutu jest też jakość tkanin i wykonanie ubrań. Choć środków artystycznego wyrazu jest tu wiele, na pierwszy rzut oka tego nie widać, bo występują w wyważonych proporcjach. To właśnie chyba największa siła Kaaskas.
Jeśli jeszcze nie znacie tej istniejącej od kwietnia 2014 roku marki, zdradzę, że stoją za nią dwie siostry: Kasia Skórzyńska i Julia Skórzyńska-Ślusarek. Projektuje Kasia, absolwentka Katedry Mody na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, która ma za sobą także studia fotograficzne w Portugalii. Julia odpowiada za biznesową stronę marki. Obie wierzą, że poprzez piękne rzeczy można zmieniać otaczającą nas rzeczywistość. I właśnie to robią. Z sukcesami.
Martiszu Ludvikez rysuje modę.
Właściwie to na ogół rysuje inne rzeczy: naburmuszone koty (powstała o nich cała książka – „Słownik wyrazów kocich i kociojęzycznych”), dzikie krajobrazy czy włochate jednookie stwory, które nazywa cudakami i zamienia we wlepki. Bo moda niespecjalnie interesuje Martę Ludwiszewską, grafika i ilustratora, tworzącą pod pseudonimem Martiszu Ludvikez. Co nie znaczy, że w swoim portfolio nie ma rysunków żurnalowych. Na potrzeby wystawy, która kilka miesięcy temu odbyła się w ramach Cracow Fashion Week, stworzyła rysunki, jakich do tej pory nie widział nikt. W rolach głównych – zamiast pięknych, wymuskanych pań – wystąpiły bazarowe baby, jakie można spotkać na co dzień w najbardziej obskurnych zakamarkach miasta. Tyle że ubrane w najnowsze ciuszki Marni. Do zadania podeszła na wesoło, bo nie chciała robić kolejnej pracy, jakich wiele, na której wszystko jest perfekcyjne. Poza tym, gdyby się nad tym zastanowić, najwięksi światowi projektanci tworzą pod wpływem inspiracji ulicą – mówi. To ona dyktuje trendy. Trudno się z tym nie zgodzić.
Z Martą Ludwiszewską spotkałam się przy okazji wywiadu do nowego numeru magazynu Si, który pojawi się już na początku października. Tam przeczytacie więcej.
Tymczasem zapraszam na bloga Martiszu, gdzie oprócz bazarowych bab znajdziecie dużo „innych historii”: http://martiszuludvikez.blogspot.com/




















































