Martiszu Ludvikez rysuje modę.

bazar_ccover martiszu ludvikez

Właściwie to na ogół rysuje inne rzeczy: naburmuszone koty (powstała o nich cała książka – „Słownik wyrazów kocich i kociojęzycznych”), dzikie krajobrazy czy włochate jednookie stwory, które nazywa cudakami i zamienia we wlepki. Bo moda niespecjalnie interesuje Martę Ludwiszewską, grafika i ilustratora, tworzącą pod pseudonimem Martiszu Ludvikez. Co nie znaczy, że w swoim portfolio nie ma rysunków żurnalowych. Na potrzeby wystawy, która kilka miesięcy temu odbyła się w ramach Cracow Fashion Week, stworzyła rysunki, jakich do tej pory nie widział nikt. W rolach głównych – zamiast pięknych, wymuskanych pań – wystąpiły bazarowe baby, jakie można spotkać na co dzień w najbardziej obskurnych zakamarkach miasta. Tyle że ubrane w najnowsze ciuszki Marni. Do zadania podeszła na wesoło, bo nie chciała robić kolejnej pracy, jakich wiele, na której wszystko jest perfekcyjne. Poza tym, gdyby się nad tym zastanowić, najwięksi światowi projektanci tworzą pod wpływem inspiracji ulicą – mówi. To ona dyktuje trendy. Trudno się z tym nie zgodzić.

baba martiszu kudvikez

BOSS_rgb

Z Martą Ludwiszewską spotkałam się przy okazji wywiadu do nowego numeru magazynu Si, który pojawi się już na początku października. Tam przeczytacie więcej.

Tymczasem zapraszam na bloga Martiszu, gdzie oprócz bazarowych bab znajdziecie dużo „innych historii”: http://martiszuludvikez.blogspot.com/

pani_futro_ilustracja_moda_martiszu_ludvikez_blog

Idealny płaszcz na jesień? Od Jarosława Ewerta.

47 awangardowa kurtka ewert

Jeśli pierwsze chłodniejsze dni skłoniły was do rozpoczęcia poszukiwań płaszcza idealnego (jak wiadomo, to poważna sprawa, skoro w tym jednym elemencie garderoby przechodzimy niemalże najbliższe poł roku), mam małą podpowiedź. W sprzedaży właśnie pojawiła się najnowsza kolekcja Jarosława Ewerta, w której prym wiodą płaszcze, kurtki, kamizele i dzianinowe kardigany, w których nie tylko nie zmarzniecie, ale i zadacie szyku na mieście. Bo właśnie codzienny, miejski charakter, ale z designerskim sznytem ma najnowsza kolekcja projektanta „jarosław ewert classic“. Linia wypuszczana regularnie to odpowiedź Ewerta na potrzeby tych, którzy zachwycają się jego kolekcjami wybiegowymi – eleganckimi, w dużej części wieczorowymi, i co tu kryć, z wyższej półki cenowej, ale na co dzień noszą rzeczy prostsze. W jej skład wchodzą bowiem modele z wybiegu cieszące się największym powodzeniem, ale w mniej awangardowym wydaniu i zróżnicowane pod względem doboru tkanin. Ten ostatni jest zresztą mocną stroną projektanta – absolwenta Wydziału Technologii Materiałowych i Wzornictwa Tekstyliów Politechniki Łódzkiej. Ewertowi od zawsze zależało na bardziej technicznym przygotowaniu do zawodu, o tkaninach i dzianinach wie więc bardzo dużo i ochoczo z nimi eksperymentuje, ingerując w ich strukturę, farbując, przerabiając. Ostatnio upodobał sobie żakardy. W jesienno-zimowej linii classic postawił na najmodniejsze w tym sezonie kolory (żywe niebieski i czerwony oraz jasnoróżowy sąsiadują z klasycznymi szarościami, bielą i czernią) oraz wzory (motywy azteckie, krata, pasy). Mimo bogactwa wykorzystanych środków wyrazu całość jest jednak spójna i w pewnym sensie stonowana. Ale nie pozbawiona charakteru. Moi faworyci – puchowa kurtka z trzymetrowym szalowym kołnierzem oraz długa kamizela z wielkimi kieszeniami. Do sieciówek na pewno już nie zajrzę.

A tu tak: http://www.jaroslawewert.pl/

płaszcz Jarosław Ewert 1

plaszcz 4

plaszcz 11

plaszcz 3

58

15

kamizelka urban Ewert

Kombokolor: kolorowa moda z naturą w tle.

Kombokolor 04

Izie Jankowskiej, stojącej za marką Kombokolor w życiu pomaga przypadek. Bo choć wiele rzeczy chodzi jej po głowie, żeby zacząć działać potrzebuje impulsu. A tak się szczęśliwie składa, że ten zawsze pojawia się we właściwym momencie. Przynajmniej tak było w przeszłości.

Iza skończyła grafikę na gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych (przez moment studiowała też w Łodzi, bo to tamtejsza ASP nęciła ją od początku, po roku nauki tam zdecydowała jednak wrócić do Gdańska). Już wtedy dużo myślała o modzie. A właściwie o tym, jaką rolę odgrywa w wyrażaniu siebie. A odgrywa zawsze, bo niezależnie od tego, czy dbasz o swój styl czy pozostawiasz go samemu sobie – on cały czas o tobie mówi. Stare szmaty to w końcu też przekaz – mówi Iza. A ona chciała sama robić swoje ciuchy, nadruki, wzory, zdjęcia.., choć zanim się zdecydowała upłynęło sporo czasu. Izę pochłonęło zarabianie i podróże. Podczas jednej z wypraw – dokładnie w Indonezji, a jeszcze dokładniej na Bali – spotkała dawną znajomą z Londynu, która podpowiedziała jej, jak ma się zabrać do działania. Zaowocowało to powrotem do Polski i założeniem KOMBOKOLOR.

WIELKA MODA NA MAŁEJ WSI
Iza na miejsce do życia i tworzenia wybrała wieś – Prokowo. Chciała odpocząć od miasta, mieć dużą pracownię i… wolność – móc słuchać muzyki o drugiej w nocy i zajadać warzywa z własnego ogródka. Wyciszyć się i wsłuchać w siebie (co jak zaznacza nie zawsze bywa przyjemne, ale na ogół wychodzi na dobre). I choć stąd wiele rzeczy jest załatwić trudniej, na razie nie wyobraża sobie życia bez natury. To właśnie ona stała się inspiracją debiutanckiej kolekcji projektantki. Po raz pierwszy Iza sięgnęła po charakterystyczne dziś dla jej projektów motywy: jaskółki, wilka, gałązki, kwiatu i twarzy. Bo Iza specjalizuje się w nadrukach – projektuje i drukuje je samodzielnie, bez użycia maszyn. Lubi za ich pomocą opowiadać historie, mówić o sobie i dzielić się tym, co widzi. A ponieważ wiele się za ich sprawą dzieje, formy ubrań pozostają proste. Najczęściej oversize. Iza śmieje się, że na takich jest przestrzeń na nadruk, ale lubi je też za to, że można się w nich schować i trochę się zapomnieć.

Kombo

Kombokolor 01

Kombokolor 2

Kombokolorr

Kombokolo 02

Kombokolor insta

Iza Jankowska w swojej pracowni.

Iza Jankowska w swojej pracowni.

Jeśli nie macie pomysłu, jak do codziennych stylizacji wpleść tak spektakularne ubrania, śledźcie profil Kombokolor na Instagramie: https://instagram.com/kombokolor/. Projektantka zamieszcza tam m. in. propozycje gotowych zestawów.

Kombokolor set

Kombokolor set 2

Kombokolor set 3

Kombo instaa

Pat Guzik. Jak w niebie.

1

Choć sama o sobie mówi „my name is Pat and I’m fucked”, wygląda na to, że w głowie ma raczej poukładane. Mieszka w Krakowie, gdzie skończyła SAPU (Szkołę Artystycznego Projektowania Ubioru). Wcześniej studiowała filozofię i socjologię na Uniwersytecie Pedagogicznym. Dziedziny te nie pozostały zresztą bez wpływu na to, jak projektuje, bo u źródeł jej inspiracji leżą zagadnienia egzystencjalne. Najnowsza kolekcja „Heaven is a place where nothing ever happens” to wynik rozważań na temat stanu idealnego i jego odwiecznych poszukiwań. Według Pat Guzik to umiejętność odnalezienia w życiu balansu – równowagi między pracą a samym sobą. Ona to potrafi, choć na pewno nie jest łatwo. Pat pracuje dużo, bo kocha to, co robi, zwłaszcza że dzięki różnym zleceniom poznaje niesamowitych ludzi. Od czasu do czasu potrzebuje jednak wyrwać się na miesięczne wakacje, by poleniuchować i niczego nie musieć. Pobyć sama ze sobą.
„Za sprawą ostatniej kolekcji chciałabym przerwać myślenie, że jak nic się nie dzieje, to musi być niefajnie” – mówi. „Jest fajnie. Fajne jest wytyczenie sobie własnej przestrzeni, odnalezienie siebie samego. Fajne bywa też poczucie pustki, braku, bo to powoduje, że robimy krok do przodu” – dodaje.
W głowie Pat rozbrzmiewa piosenka założonego przez Davida Byrne’a zespołu „Talking Heads” – „Heaven” (to właśnie jej fragment projektantka wykorzystała jako tytuł kolekcji) – o barze, w którym każdego dnia jest tak samo i ciągle spotyka się te same twarze. A mimo to, jak śpiewa artysta „It’s hard to imagine that nothing at all could be so exciting, could be this much fun”.

https://www.youtube.com/watch?v=5zNdMc6wGtU

W kolekcji Pat Guzik dzieje się jednak sporo, choć większość form jest prostych, utrzymanych w duchu sportowej elegancji. Na pierwszy plan wychodzą jednak fantazyjne nadruki na tkaninach oraz puchate swetry oversize w wyrazistych kolorach. Nadruki zaprojektował dla Pat ilustrator, Mateusz Kołek. „Znamy się już długo i dobrze się rozumiemy, więc współpraca polegała głównie na rozmowach na mocno angażujące nas tematy” – opowiada projektantka. „Powstały printy i projekty haftów w formie labiryntu znaków i piktogramów. Każdy może je interpretować dowolnie, ale nam każdy przypomina historię, która nam się przydarzyła – wyjaśnia.
„Ze swetrami było trudniej” – opowiada Pat. „Bardzo chciałam uzyskać efekt „dywanowy”. Tkanie na krośnie zajmowało wieki. Nauczyłam się więc techniki ręcznego igłowania dywanów za pomocą takiego śmiesznego urządzenia w kształcie Uzi. Zrobiłam lżejsze dywanowe tkaniny i przełożyłam to na formy odzieżowe” – zdradza .

Za pomocą swoich projektów Pat Guzik lubi snuć opowieść. Według niej najciekawsze projekty powstają wtedy, gdy próbujesz odpowiedzieć sobie na pytania, które pojawiają przed zaśnięciem. Warto zastanowić się, co ostatnio spowodowało, że czułeś się inaczej, odkryć to coś, a następnie przełożyć na język projektowania. Jak mówi, docenia też „małe indywidualne dziwactwa”. „Jeśli np. lubisz zapach świeżo skoszonej trawy, czemu nie potraktować tego, jako pretekstu do stworzenia kolekcji” – pyta. Ważne jest też dla niej, by w ubraniach, które projektuje czuć się dobrze. Dlatego prototypy czasem oddaje znajomym, by powiedzieli co o nich sądzą, zobaczyć, jak zachowuje się tkanina. „Projektowanie to długi, czasem męczący, ale cudowny proces” – mówi. „A kiedy ludzie zaczynają nosić te rzeczy, to jest to satysfakcja największa ze wszystkich” – dodaje.

Kolekcja dostępna jest w showroomie Pałac przy ul. Nowogrodzkiej 25/34 w Warszawie.

pat guzik 2

pat guzik 4

pat guzik 5

pat guzik 7

pat guzik 8

pat guzik 10pat guzik 9

Zdjęcia: Dawid H. Groński
Modelka: Karolina/Como Model Management
Make-up artist: Ula Pyda
Produkcja: Katarzyna Stefanik
Asystent: Kasia Mizerska

Momi-ko. Ciągła podróż.

image(6) momi-ko

Monika Misiak-Kołsut – projektantka i założycielka marki Momi-ko – kocha zwiedzać świat. Jak sama mówi, ma ciągły głód odkrywania, analizowania, obserwacji i nauki. Kiedy tylko wraca do domu, od razu zaczyna planować kolejny wyjazd. Z każdego przywozi moc inspiracji, które odnajdują odzwierciedlenie w jej projektach.

Pierwszą z takich podróży odbyła po Europie. Odwiedziła m.in. Rumunię. Tak narodził się pomysł na kolekcję dyplomową „Besarabia“ (od nazwy krainy historycznej położonej w Europie Wschodniej – zwanej też Związkiem Wypędzonych – obejmującej właśnie teren dzisiejszej Rumunii). Kolekcja na którą składały się celowo strzępiące się i powyciągane stroje o niespotykanych formach miała być manifestem przeciwko trzymaniu się ram tworzenia, abnegacją trendów i oderwaniem się od funkcjonalności ubrań. Monika chciała, by kolekcja balansowała na granicy ubioru i kostiumu, w pełni odzwierciedlała jej charakter i była wizytówką. Miała świadomość, że nieprędko będzie miała ponownie okazję stworzyć coś, co jest nieograniczone wymogami rynku.

I rzeczywiście, kolejne linie były bardziej ugładzone, jednak w dalszym ciągu niepozbawione oryginalnej konstrukcji i przykuwające wzrok – szczególnie za sprawą wzorów i kolorów. Wyraziste, niekiedy wręcz krzykliwe nawiązywały do estetyki japońskich subkultur młodzieżowych. Projektantka przeżywała bowiem fascynację Krajem Kwitnącej Wiśni (to zamiłowanie zostanie z nią zresztą na dłużej). W Japonii spędziła dwa tygodnie (odwiedziła Tokio, Kioto i Osakę). Chce wrócić, bo czuje niedosyt. Tamtejsza rzeczywistość uzależnia. „Zanim wybrałam się do Japonii, moje wyobrażenie było dalekie od tego, co zobaczyłam na miejscu“ – opowiada. „Kraj ten znałam m.in. z książek Murakamiego, mody Yohji’ego Yamamoto i filmów Kurosawy. Już kiedy wysiadłam z samolotu, poczułam, że znalazłam się w innym świecie i do tej pory wydaje mi się, że część z moich wspomnień to sny. W żadnym innym miejscu, nie czułam się tak bezpiecznie jak tam “ – dodaje. „Tokio podzielone jest na dzielnice i każda z nich ma swój własny, odmienny charakter. Tą, która szczególnie związana jest z modą i którą warto odwiedzić jest dzielnica Harajuku. Na głównej ulicy Takeshita-dori ilość bodźców i inspiracji jest tak ogromna, że można obdzielić nimi wiele kolekcji. To właśnie tam pojawiają się ludzie ubrani – wręcz przebrani – tak, by wyróżnić się z tłumu, być w centrum uwagi. To coś zupełnie niespotykanego w Polsce“ – wspomina.

Sama stawia jednak na oryginalność. „Zależy mi, aby każda rzecz miała w sobie coś, co ją wyróżni. Czasem jest to konstrukcja, innym razem tkanina, połączenie faktur. Ostatnio projektuję własny nadruk na tkaninę. Szczególnie liczą się dla mnie detale – zaokrąglony kołnierz albo guzik czy nić w kontrastowym kolorze“ – mówi. „Nie chcę powielać, dlatego staram się nie oglądać żadnych pokazów, magazynów o modzie. Nie śledzę trendów, tworzę tak jak czuję – deklaruje. Mimo to, jej ubrania idą z duchem czasu. W ostatniej kolekcji widoczne są popularne obecnie nawiązania sportowe, pojawiają się geometryczne printy i charakterystyczne dla Momi-ko nowoczesne (w tym przypadku nawet ascetyczne) kroje. Ubrania świetnie sprawdzą się na co dzień – nawet do biura – choć do japońskiego salarymana będzie ci w nich daleko!

Ubrania Momi-ko kupisz za pośrednictwem platformy http://www.shwrm.pl, stacjonarnie – w Pop Up Story w galerii Plac Unii City Shopping (przy Pl. Unii Lubelskiej) albo bezpośrednio od projektantki – pisząc na adres: monika@momi-ko.pl

Momi-ko 1

image(4) momi-ko

image(3) momi-ko

image(2) momi-ko

image(5)momi-ko

Kolekcja dyplomowa – Besarabia:

1. Besarabia dyplom momi-ko

momi-ko besarabia 2

421694_352003841489011_1830314798_n

momi-ko besarabia 3

momiko besarabia_343885457_n

Besarabia dyplom

Wybrane sylwetki z kolekcji na jesień i zimę 2014 – inspirowane Japonią:

14.05.30-momiko07901

14.05.30-momiko06721

14.05.30-momiko07451

Zdjęcia: materiały prasowe Momi-ko.

Dudzińska. Swetry jak rzeźby.

1 Dudzinska

Jest w nich coś pierwotnego, organicznego, co powoduje, że nie można oderwać od nich wzroku. Mięsiste, nieco za duże, o charakterystycznych splotach i różnorodnych fakturach powodują, że chce się w nich otulić i przeczekać do wiosny. Nie licz jednak na to, że będziesz w ukryciu, bo swetry Anny Dudzińskiej nie pozostawiają obojętnym.

4 Dudzińska

To, co powoduje, że są tak magnetyczne, to najprawdopodobniej liczne (acz niedosłowne) elementy nawiązujące do natury. Anna Dudzińska nie kryje swej fascynacji przyrodą. To właśnie z niej zapożycza kolory i faktury – w ostatniej kolekcji sploty wybranych swetrów przypominają plastry miodu albo budzą skojarzenie ze strukturą kamieni. „Kolekcja powstała także w oparciu o zdjęcia Jimmy’ego Nelsona, twórcy projektu „Before they pass away“, dokumentującego ostatnie żyjące na Ziemi plemiona. Stąd można dopatrzeć się motywów etnicznych“ – mówi Dudzińska. Mowa m.in. o swobodnie wypuszczonych pojedyńczych (za to licznych) nitkach układających się na wzór modnych w tym sezonie frędzli. Intencją projektantki nie jest jednak tworzyć w zgodzie z trendami. Lubi wykraczać poza nie, tworząc ubrania nieszablonowe, oryginalne. Co ważne jednak – mają być przy tym w stu procentach nadające się do noszenia.

I chyba tak jest, bo klientek przybywa. Początkowo Ania dziergała ze swoją mamą, dziś za marką stoi sztab ludzi. W dalszym ciągu jednak ubrania robione są ręcznie. Z wełen owczych, a także najwyższych jakościowo wełen sprowadzanych z Peru: pozyskiwanych z alpak, merynosów i kóz angorskich (moher) czy też ich mieszanki z jedwabiem. Oprócz swetrów i spódnic robionych na drutach w kolekcji pojawiają się także sukienki, spodnie i płaszcze uszyte z tkanin. O minimalistycznych formach, z metalicznym połyskiem. Wszystko tworzy wysmakowany miks nowoczesności z tradycją.

2 Dudzinska

3 Dudzinska

5

6

7 Dudzinska

8 Dudzinska

9 Dudzinska

Zdjęcia: Małgorzata Popinigis

Modelka: Natalia / AMQ

Makijaż i Fryzura: Magda Szarzyńska

Set Designer: Małgorzata Botor

Tu możecie obejrzeć zdjęcia Jimmy’ego Nelsona: http://www.beforethey.com/artprints/

Poniżej jedno z nich.

Jimmy Nelson

Piękno i perfekcja od Zofii Chylak.

Zosia Chylak 1

Zosia Chylak zasłynęła, robiąc coś, co jeszcze do niedawna uważane było za anachroniczne. Dwa lata temu, kiedy mieszkała w Nowym Jorku i odbywała staże u sław projektowania – w domu mody Proenza Schouler i w atelier Nicolasa Caito – stanęła przed dylematem: zostaje w Ameryce i pracuje dla znanych domów mody albo wraca do Polski i otwiera coś własnego. Wybrała to drugie. Postanowiła szyć na miarę. To był dobry wybór.

5

Jak sama mówi – to wyszło dość naturalnie. Jeszcze zanim zajęła się modą profesjonalnie, chodziła do krawców, u których szyła rzeczy na miarę dla siebie. Nauczyła ją tego mama. Zresztą wszystkie kobiety w rodzinie korzystały z usług krawców. Tylko wtedy dostaje się ubranie, które idealnie pasuje do sylwetki. Ma się wpływ na detale, sposób wykończenia, na to, by wszystko wyglądało pięknie. A Zosia jest wielką estetką. I perfekcjonistką. Być może to wpływ czasu spędzonego w atelier Nicolasa Caito – renomowanego nowojorskiego konstruktora. Jak opowiada Zosia – w sercu Nowego Jorku pracują tam sami Francuzi. Najlepsi z najlepszych, którzy wcześniej pracowali dla takich domów mody jak Balenciaga, Givenchy, Chanel. To właśnie oni odpowiadają za najtrudniejsze modele, które później zobaczyć można na wybiegach. – Przyglądanie się temu, jak oni to robią, jak niebywale wykańczają rzeczy, to coś, czego w Polsce nigdy nie widziałam – mówi projektantka.
Tamtejsze standardy przenosi do własnej działalności. Praca nad jedną sukienką zajmuje mniej więcej miesiąc – tyle potrzeba na zrobienie projektu i jego odszycie z uwzględnieniem wszystkich potrzebnych przymiarek. Choć jak mówi Zosia – w szyciu na miarę wszystko zależy od sytuacji. Są dziewczyny, które przychodzą np. po suknię ślubną pół roku przed uroczystością, wtedy prace mogą trwać dłużej. A są i takie, które spanikowane krzyczą: mam ślub za trzy tygodnie! Wtedy robimy to, co jest najbardziej priorytetowe. Staramy się dopasować do wszystkich takich sytuacji.
W grudniu Zosia Chylak zadebiutowała w roli projektantki torebek. Chciała mieć w ofercie marki także produkt gotowy. Padło na torebki, które balansują na granicy mody i designu. Choć pomysł pojawił się dwa lata temu, spokojnie dojrzewał. Kolekcja także powstawała dość długo, bo trzeba było przetrzeć szlaki, znaleźć dostawców i potrzebne materiały. Naturalne skóry (kozie i z merynosów) sprowadzone zostały z Włoch. Stamtąd także pochodzą wszystkie elementy okuciowe i suwaki (w odcieniu matowego złota pięknie współgrającym z klasyczną czernią toreb). W Polsce trudno byłoby dostać rzeczy tak dobrej jakości. Ale torebki szyte są tu. Ich główny atut – ciekawe połączenia skór o różnych, zdecydowanych fakturach, inaczej odbijających światło. Choć torebki powstają w małych seriach (każda z nich ma swój unikatowy, wybity ręcznie numer), nie ma dwóch identycznych egzemplarzy. W kolekcji pojawiają się zarówno małe torebki imprezowe, codzienne, minimalistyczne o prostokątnych kształtach oraz tzw. „shoppery“. Z mniejszą lub większą liczbą kieszeni. Obok nich portfele i saszetki. Wszystkie – bardzo eleganckie i wysmakowane. To w końcu znak rozpoznawczy projektów Zosi.

zosia chylak 2

Zosia-Chylak0077_3

bag3-2normal

bag4-2

wallet2-2

Zosia-Chylak0226_1

11

Veruschka – mistrzyni znikania.

Veruschka exhibition 1

Przez magazyn „Vogue” nazwana „jednym z cudów naszych czasów”, z jedenastoma okładkami tego tytułu na koncie, Vera von Lehndorff, w świecie mody znana jako Veruschka, pierwsza niemiecka top modelka i ikona stylu lat 60., postanowiła porzucić branżę i zająć się sztuką. Efekty można oglądać od 27 września do 30 listopada w Spectra Art Space w Warszawie.

DSC_0233

Pierwszy raz zniknęła z rodzinnego Sztynortu, a właściwie wówczas wsi Steinort leżącej na terenie Prus Wschodnich (dziś Mazury). Był 1944 rok, nadciągali Rosjanie. Rodzice Very – hrabia Heinrich Graf von Lehndorff i hrabianka Gottliebe von Kalnein zadecydowali, że czas opuścić należący do rodziny od pięciuset lat pałac. Ojciec Very odprowadził ją, jej dwie siostry i matkę na pociąg. Wtedy dziewczynka – wówczas pięcioletnia – widziała go po raz ostatni. Miesiąc później został stracony w berlińskim więzieniu Plotsensee za udział w nieudanym zamachu na Hitlera 20 lipca 1944 roku w Wilczym Szańcu. Dla małej arystokratki rozpoczął się czas niedoli, dawne szczęśliwe życie odeszło w zapomnienie. Matka Very trafiła do obozu pracy (tam na świat przyszła najmłodsza z sióstr), dziewczynki – do domu dziecka w Bad Sachsa w Górach Harzu prowadzonego przez SS. Po wojnie udało im się odnaleźć. Początkowo pomieszkiwały w obozach dla uchodźców i u przyjaciół.

Vera rozpoczęła studia – malarstwo i projektowanie w Hamburgu, jednak tam też długo nie zagrzała miejsca. Wyjechała do Florencji uczyć się wzornictwa przemysłowego. Wysoka (1,83 m), smukła i zjawiskowo piękna została zaczepiona na ulicy przez fotografa – Hugo Mulasa, który doradził jej, by spróbowała swych sił w modelingu. Przeniosła się więc do samej stolicy mody – Paryża, ale spotkała się z krytyką – za wysoka, podobnie było w Nowym Jorku. Doszła do wniosku, że musi odnaleźć w sobie coś, co ją wyróżni. Tak narodziła się Veruschka – tajemnicza dziewczyna z zamiłowaniem do egzotyki (początkowo deklarowała, że pochodzi ze wschodu i często nosiła wzorzyste etniczne chusty – później taki wizerunek był jak najbardziej w zgodzie z panującymi wówczas trendami) i ogromną pewnością siebie. Podobno jej współpraca z „Vogue” rozpoczęła się od tego, że któregoś dnia przyszła do studia znanego fotografa – Irvinga Penna, mówiąc, że podobają jej się jego zdjęcia i chciałaby zobaczyć, czy potrafi ją sfotografować… Nie skończyło się na jednym zdjęciu. Ani na jednym fotografie. Sam Richard Avedon stwierdził, że jest najpiękniejszą kobietą na świecie, a magazyn „Vogue” uznał ją za cud i poświęcił jej 11 okładek. W 1966 roku zapadła w pamięć szerokiemu gronu odbiorców za sprawą seksownej sceny w kultowym „Powiększeniu” Michelangelo Antonioniego. Była na samym szczycie. Nie chciała jednak pozostać tylko manekinem, zmieniać się zgodnie z tym co dyktują inni. Wtedy znowu postanowiła zniknąć.

Wyjechała do Peterskirchen. Walczyła z depresją. Pewnego dnia, w 1969 roku poznała Holgera Trulzscha – muzyka, malarza i rzeźbiarza. Zaprzyjaźniła się z nim, a pewnego dnia wręczyła mu do ręki aparat z prośbą, by ją fotografował. To był początek niezwykłej współpracy tych dwojga artystów. Postanowili połączyć malarstwo i fotografię. Obrazy powstawały na ciele Lehndorff (malowanie potrafiło trwać nawet kilkanaście godzin) i miały za zadanie pozwolić jej wtopić się w tło. I to nietypowe, bo za studio służyły tej niezwykłej parze dość zaskakujące miejsca – opuszczona hala targów rybnych w Hamburgu (stalowa konstrukcja z XIX wieku) czy magazyn z używaną odzieżą i tkaninami w Prato nieopodal Florencji. Aby Vera mogła zniknąć na tak charakterystycznym tle, bryła ciała musiała optycznie ulec spłaszczeniu. Pomogła w tym technika tzw. rysunku anamorficznego.

Bodypainting zajmował parę aż do 1988 roku. Przez ten czas powstało kilka cykli prac.
Trzy z nich można podziwiać podczas wystawy duetu Lehndorff-Trulzsch „Behind the Appearances” w warszawskiej galerii Spectra Art Space. Są to: „Mimicry-Dress-Art” (1970–1973), „Oxydation” (1978) i „Prato/Sirius” (1985–1988). Pierwszy z nich pozwolił Verze przerodzić się w gwiazdy – symbole naszych czasów i stał się parodią lansowanych do znudzenia przez media celebrytów. Drugi – na chwilę pozbyć się ludzkiego ciała, zamienić w zwierzę, przedmiot i pozbyć się osobowości. Ostatni – zniknąć wśród kolorowych zwojów tkanin. Wszystko jest tu jednak prawdziwe. Bez Photoshopa.

DSC_0223DSC_0222DSC_0220Veruschka1
small Lehndorff-Trulzsch_Mimicry_Dress_Art_Gilda_1973

Vera Lehndorff i Holger Trulzsch opowiadają o swojej wystawie.

Vera Lehndorff i Holger Trulzsch opowiadają o swojej wystawie.

Veruschka jeszcze w obiektywie Helmuta Newtona.

Veruschka jeszcze w obiektywie Helmuta Newtona.

Wystawa "Behind the Appearances" Very Lehndorff i Holgera Trulzscha dostępna w każdą sobotę i niedzielę w godz. 11:00-18:00 w Spectra Art Space przy ul. Bobrowieckiej 6 w Warszawie. Od 27 września do 30 listopada 2014 roku. Wstęp wolny.

Zdjęcia: Magdalena Zawadzka, materiały prasowe.

Artykuł powstał m.in. w oparciu o tekst Agnieszki Wojcińskiej "Wyszła z domu na 63 lata"/Polityka i Anny Marty Twardowskiej "Veruschka nad rozlewiskiem"/Wysokie Obcasy.

FOORIAT: Dla mężczyzn z charakterem.

FOORIAT

W czasie, gdy świetnie się mają tanie w produkcji i raczej bezkształtne ubrania z dzianin, ona postawiła na te o wysublimowanej konstrukcji i z tkanin wysokiej jakości. Asia Wysoczyńska, założycielka marki FOORIAT ma odwagę i pewność siebie w tym, co robi. Projektuje dla mężczyzn o podobnych cechach. Takich, w których drzemie wojownik.

01FOORIAT_GenevaStorm_7MZ

Do tej pory projektowałaś pod swoim nazwiskiem – zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Dlaczego zdecydowałaś się stworzyć brand FOORIAT, a nie projektować dalej po prostu jako Asia Wysoczyńska?

Nie da się ukryć, że moje nazwisko do łatwych nie należy. Myśląc o rynkach zagranicznych chciałam ułatwić odbiór marki. Poza tym, mimo że FOORIAT pozostaje marką autorską, to zawiera elementy powstałe w wyniku kooperacji z innymi twórcami – rysownikami i projektantami graficznymi. Autorem całej identyfikacji wizualnej jest Grzegorz Badzio, który miał też niebagatelny wpływ na narodziny brandu i wykrystalizowanie jego konceptu.

Chcieliśmy zaoferować dobry produkt wsparty filozofią marki, nie tworzyć zbędnego dystansu poprzez nazwisko projektanta na metce. Dzięki temu marka może być postrzegana przez wartości, które reprezentuje, jakość produktów i otoczenie komunikacyjne związane bezpośrednio z nią, a nie poprzez nazwisko czy konkretną osobę.

FOORIAT to samodzielny spójny koncept. Tym samym moda męska została niejako odseparowana od projektów bardzo odległych wręcz artystycznych jak „Puppen” czy tworzenie kostiumów dla 30-centymetrowej Marylin Monroe. Swoim nazwiskiem w dalszym ciągu firmuję projekty dla kobiet.

Dlaczego w dobie mody na dresy i T-shirty oversize zdecydowałaś się tworzyć rzeczy nawiązujące do klasyki, eleganckie, z wysokogatunkowych tkanin?

Dres? W mojej szafie nie ma dresu. Dlaczego więc miałabym próbować ubierać tak swojego klienta? Nie chcę podpinać się pod chwilowe tendencje i powielać utartych komercyjnie szlaków. Uwielbiam szarość, ale szary dres jest poza językiem mojej estetyki. W każdym razie w wydaniu, w jakim jest go obecnie najwięcej. Wolę pracę z konstrukcją i budowanie sylwetki niż ukrywanie jej w dzianinowych ubraniach oversize. Nie dyskwalifikuję oczywiście T-shirtu, który może doskonale dopełniać nasz odzieżowy przekaz, budując nawet swego rodzaju dramaturgię. Proponowane przez FOORIATA wzory się do tego nadają – ironicznie pointują ludzkie starania wywarcia strojem określonego wrażenia, czy też dowcipnie przełamują powagę ubioru. Uwielbiam tkaniny, często wybieram je zanim pojawi się pierwszy impuls do powstania kolekcji czy pojedynczego projektu. Szukam takich, które mają niestandardowe właściwości, mimo minimalistycznego charakteru czy pozornej zwykłości.

Czym jest Warmour™. Jaka była idea jego powstania?

W tym wypadku najpierw było ciało, a potem słowo. Projekt wyruszył w świat z roboczą nazwą, szeleszczącą polskimi zgłoskami, by gdzieś przy Place Joffre w Paryżu przejść metamorfozę i wyizolować się z całości kolekcji. Warmour to zbitka słów warm i armour. To nowy termin, tak jak nowy jest sam produkt – pełniący rolę szala i ciepłej kamizelki. Impulsem do jego powstania był nasz klimat, choć myślę, że Warmour doskonale sprawdzi się pod wieloma szerokościami geograficznymi. Warmour pozwala docieplić newralgiczne części ciała bez krępowania ruchów. To również odpowiedź na potrzeby aktywnego człowieka. Tasiemki mocujące, które mogą być różnorodnie aranżowane, zmieniają styl – umożliwiają uzyskanie efektu elegancji lub sportowego luzu.

FOORIAT

FOORIAT

Czym są tkaniny typu memory shape? Jakie mają właściwości? Dlaczego je wykorzystujesz?

To tylko jeden z wielu typów tkanin funkcjonalnych – poliamid. Zwykle unikam sztucznych tworzyw. Preferuję naturalne tkaniny, ale ten poliamid okazał się nie tylko bardzo miły w dotyku, ale też pozwalający na interesujące zabiegi formalne. Chociaż przy odrobinie techniki tkaniny z naturalnych włókien również mogą zyskać inny wymiar. W nowej kolekcji mam kilka tkanin z powłoką, która modyfikuje właściwości bazowego surowca. Taka mieszanka lnu i bawełny nabiera zupełnie nowego charakteru. Poza bardzo nowoczesnymi tkaninami wykorzystuję również tkaniny klasyczne z rodzinnych manufaktur o wieloletnich tradycjach.

Twarząkampanii FOORIAT był Marcin Trygar, na Fanpage’u marki na zdjęciach pojawił się Ingimar Hrimnir Skulason. Dlaczego właśnie ich wybrałaś do promowania marki?

Zarówno do kampanii jak i do pokazu w Genewie szukaliśmy po prostu interesujących osobowości. FOORIAT skierowany jest do mężczyzn, stąd wybory twarzy o mocnym wyrazie. Marka przyciąga charyzmatyczne osoby, bo się z nią utożsamiają. To często taki „BizRebeliant”, bo nasza oferta jest w stanie sprostać wymaganiom elegancji, a daleko jej do nudy.

FOORIAT

FOORIAT

Jakie są 3 najważniejsze cechy marki?

Nowoczesna elegancja, jakość, wyszukana funkcjonalność.

Mężczyzna, z którym chętnie umówiłabyś się na drinka to… (i czy to właśnie dla takich mężczyzn projektujesz?)

Preferuję wino i mężczyzn, którzy, podobnie jak ono, z wiekiem stają się coraz bardziej interesujący. Ciekawe, że z ubraniami może się dziać podobnie – nabierają uroku wraz z pojawianiem się zagięć i załamań wynikających ze sposobu użytkowania, określając tym samym charakter ich posiadacza. Dlatego też stawiam na styl i konsekwencję, a nie rozchwiane tendencje. Dobre rzeczy ładnie się starzeją. Nie wszystko musi wyglądać jak spod igły wyjęte, choć muszę przyznać, że mam słabość do „efektu żelazka”!

Jaka jest twoim zdaniem najbardziej obciachowa, a jaka najfajniejsza rzecz w modzie męskiej?

Nic tak nie psuje wrażenia jak źle dopasowane do osoby ubrania – i mam tu na myśli zarówno niedopasowanie stylistyczne (co powoduje efekt przebrania), jak i zwyczajne ignorowanie wymagań sylwetki – noszenie zbyt małych lub zbyt dużych ubrań. Najfajniejsze są detale, których rola jest ogromna. Właśnie one determinują odbiór całości – określają styl i charakter danej rzeczy. To spacer po linie. Każdy krok niesie ze sobą ryzyko, ale i potencjał – to ekscytujące.

FOORIAT

Gdzie można kupić ubrania FOORIAT?

Na razie jesteśmy dostępni w sieci – na naszej stronie. Wybrane modele można będzie lada moment kupić za pośrednictwem międzynarodowej platformy sprzedaży mody autorskiej Not Just A Label. FOORIAT to jeszcze młoda marka, jednak zdążyliśmy się już pokazać w czasie targów i pokazów zarówno w Polsce, jak i za granicą m.in. podczas pokazu w Genewie. Obecność w showroomach w Lozannie i Bejrucie pozwoli, mam nadzieję, wykroczyć poza ramy dystrybucji on-line i umożliwi klientowi to, na czym najbardziej nam zależy – kontakt z produktem od początku procesu kupowania. Jakość tkanin i wykończeń oraz nacisk na konstrukcję ubiorów są charakterystyczne dla FOORIATA, a trudno jest wyeksponować ich zalety w wirtualnej rzeczywistości w sposób nas satysfakcjonujący.

FOORIAT

FOORIAT

FOORIAT

07FOORIAT_GenevaStorm_8MZ

Zdjęcia: Adam Balcerek (kampania z udziałem Marcina Trygara), archiwum FOORIAT (pozostałe zdjęcia).

Strona marki: http://www.fooriat.com/

Bez twarzy

otwarcie Ima Mad

Trudno było do nich dotrzeć, bo nie do końca  wiadomo, kim są. Ich kolekcje regularnie pojawiają się podczas polskiego tygodnia mody (zawsze w strefie Off Out Of Schedule), ale ich samych w finale pokazu nie zobaczymy nigdy. Nie zależy im, by ludzie znali ich twarze, ważne by wysłuchali ich głosu. Bo Ima Mad mówi w imieniu tych, których nikt nie chce słuchać – pokrzywdzonych, nieszczęśliwych i zniewolonych. Tych, którymi targają trudne emocje. Za pomocą modowego performance skłania do refleksji nad kondycją współczesnego świata i społeczeństwa. Sięga po tematy niepopularne i niewygodne. I nadaje im piękną formę.

Z projektantkami Ima Mad rozmawiam, po co to wszystko i czy moda z przesłaniem nadaje się też do noszenia.

Pierwsza kolekcja Ima Mad, i samo pojawienie się waszej grupy projektowej, było dużym zaskoczeniem, czymś zupełnie innym w stosunku do tego, co dzieje się na rynku polskim.
W momencie, kiedy większość młodych projektantów nastawiona jest raczej na szybki zysk, tworzy kolekcje łatwe do noszenia, wy postawiłyście na niszę, raczej na premier-vision niż pret-a-porter, na artystyczny performance bardziej niż modowe show. Dlaczego?

Marek casualowych powstaje coraz więcej. Nie krytykujemy tego, ale mamy dystans. Obrałyśmy inną drogę. Interesuje nas moda offowa, która jest na pograniczu świata wielkiej mody, ciężko ją sklasyfikować i w prosty sposób opisać, a co za tym idzie, ciężko ją też ocenić. Nie chcemy ograniczać się sezonowością, biznesowymi zależnościami. Od razu założyłyśmy, że Ima Mad nie jest komercyjnym projektem.

Czy moda Ima Mad jest też do noszenia? Jak widzicie ją na ulicy?

Ima Mad jest do noszenia, bo nie odchodzimy daleko od podstawowej roli ubrania. Pierwotne funkcje są zachowane. Szukając prawdy, szukamy też prawdy w samym ubraniu. Poprzez ubrania wypowiadamy się, wyrażamy ekspresję, traktujemy je jako dziedzinę, w której możemy się realizować. Jesteśmy zaintrygowane faktem, że są osoby, które chcą nosić nasze projekty. Nasuwa się nam pytanie, czy to ze względów estetycznych czy ideologicznych… Wierzymy, że nasz przekaz staje się coraz bardziej przejrzysty i zrozumiały. Z tego powodu czujemy się naprawdę spełnione.

Sięgacie po tematy trudne, zmuszające do zatrzymania się, refleksji nad sprawami nie do końca przyjemnymi, takie od których większość współczesnych raczej wolałaby uciec myślami. W kolekcjach pojawiają się odniesienia antropologiczne, nawiązanie do legend, ludowych wierzeń, tego, co najbardziej pierwotne. Skąd wybór takiej drogi?

Podejmujemy tematy, które nie tylko interesowały nas od zawsze, ale wręcz spędzały nam sen z powiek. To niesamowite historie, o których można dyskutować godzinami. To, że są to tematy trudne wynika chyba z naszej wewnętrznej potrzeby dyskusji o rzeczach, które nas uwierają i bywają bolesne. Choć mocno przez nas przeżywane, często dotyczą spraw odległych kulturowo. Ale to daje nam poczucie wolności, bo daleki wizualnie temat jest na tyle abstrakcyjny, że można bez ograniczeń nad nim pracować. Stąd też kobieta Ima Mad przemieszcza się między różnymi szerokościami geograficznymi i przenosi się w czasie. To dlatego przeskakujemy od starożytnych legend do XXI wieku, zachowując jednocześnie nasz stały wątek.

Jak znajdujecie inspiracje, skąd wzięła się np. Św. Łucja – bohaterka kolekcji „I prayed for rain but I’ve got bitter tears” i dlaczego zawładnęła waszymi sercami?

Interesują nas motywy zachowań w kontekście ciężkich wyborów, prób charakteru, słabości wynikających z rygorystycznych zachowań narzucanych przez społeczeństwo. Historia św. Łucji jest jednym z takich przykładów. To opowieść o kobiecie, która z racji słabości płci wyraziściej podkreśla swoją wytrwałość oraz spontaniczność własnego poświęcenia.

W proces powstawania tej kolekcji zaangażowane były przedszkolaki. Dlaczego chciałyście posłuchać właśnie ich zdania na tematy takie jak konflikt, złość, nieporozumienie?

Kolekcja pyta o przekraczanie granic przez człowieka. Dałyśmy dzieciom związane z tym hasła, nie zarysowawszy kontekstu. To było niesamowite, kiedy oglądałyśmy ich rysunki. Ich wiedza w takich tematach jest zachwycająca. Nie spodziewałyśmy się uzyskanych odpowiedzi i skojarzeń. Dało nam do myślenia, gdy czterolatek na pytanie o konflikt, narysował siekierę…

Skąd pomysł na angażowanie ludzi w kolekcję już na etapie jej tworzenia. Nie wystarczy, że człowiek jest odbiorcą sztuki, w tym mody?

Zależy nam na szukaniu prawdy, uważamy, że trzeba opierać się na dogłębnej analizie zagadnień. W przypadku “I prayed for rain…” potrzebowałyśmy zobaczyć temat oczami dzieci, bo po części o nich jest ta kolekcja.  To zarysowało nam kierunek, w którym ona się rozwinęła.

Kolekcje pokazujecie podczas Fashion Philosophy. Fashion Week Poland w Łodzi. Dlaczego akurat to miejsce?

Fashion Week proponuje przestrzeń offową, która wpisuje się w założenia projektu Ima Mad. Nigdy nie traktowałyśmy strefy Off jako poczekalni do “Alei Projektantów”. Zawsze wydawała nam się silna i niezależna. I choć daje zupełnie inne możliwości projektantowi, wymaga więcej od widowni. Dzięki niej mamy dużo miejsca na to, co chcemy powiedzieć. Możemy pozwolić sobie na niestosowanie się do zasad rynkowych.

Ima Mad to grupa projektowa. Nie macie problemu z pogodzeniem silnych wizji kilku osób, ścieracie się?

Ima  Mad to często wypadkowa tych silnych wizji. Bardzo dużo rozmawiamy, pewnie czasem się zderzamy, ale to też jest potrzebne. Często w takich momentach rodzi się najwięcej emocji, które owocują nowymi dla nas spostrzeżeniami. Myślimy, że to tematy, w których się poruszamy, sprawiają, że pracuje się tak intensywnie. Ostateczny rezultat widzimy dopiero w dniu pokazu, kiedy wszystkie ważne dla nas elementy składają się w jedną całość.

Dlaczego zależy wam na anonimowości, nigdy nie można was zobaczyć po pokazie?

Wierzymy, że najmniej istotne są nazwiska stojące za projektem Ima Mad. Bardzo cieszymy się, że nasz wybór jest szanowany i że najważniejsze w pracy stało się narzędzie, jakim jest moda. Nie chcemy ujawniać zbyt wiele, bo to właściwie nie jest ważne. Tajemnica sprawia, że możemy pozwolić sobie na czysty przekaz. Naszym celem jest stworzenie platformy wymiany myśli między różnymi artystami. Zależy nam na tym, żeby Ima Mad było otwartą przestrzenią, w której spotykają się różne umysły.

IMG_0065IMG_9872

IMG_0086010908

Zdjęcia i ilustracje przedstawiają kolekcję Ima Mad „I prayed for rain but I’ve got bitter tears”