Ekskluzywny Menel.

ekskluzywny menel czarek kazimierowski ootd fashion mensfashion zxflux adidas bershka blog 14

Blog o tej intrygującej nazwie istnieje nieco ponad rok, a na Facebooku zdołał zgromadzić ponad 15 tysięcy fanów. Z zainteresowaniem śledzą styl jego założyciela, Kamila Pawelskiego, który sam deklaruje, że nie ma problemu, żeby w dresie wyjść z domu po chleb.

No właśnie, ile czasu ci zajmuje wyjście z domu?

Maksymalnie pół godziny, i to z prysznicem i ułożeniem włosów. Kiedy mam ważniejsze wyjście, może się to wydłużyć do godziny, ale to jest maks.

Co chłopaka z Mazur przyciągnęło do Warszawy?

Kariera! Pochodzę z małej miejscowości i od zawsze chciałem się usamodzielnić. Szybko podjąłem pracę, zacząłem iść własną ścieżką. To była moja pierwsza decyzja zaraz po liceum.

Od razu byłeś nastawiony na pracę w korporacji?

Od razu. Chciałem bardzo dynamicznie pokierować swoją karierą.

Dlaczego akurat moda? To dosyć mało popularne wśród mężczyzn?

To było dzieło przypadku. Na początku wylądowałem… na kasie w hipermarkecie. Wkrótce znajomy dał mi cynk, że otwiera się sklep House. Doradził, bym poszedł na rozmowę w sprawie pracy. Tak to się zaczęło. Szybko dostrzegłem, że w strukturze organizacyjnej jest wiele stanowisk, a ścieżka kariery – jasna. A ponieważ jestem bardzo pracowitą osobą, więc się rozwijałem. Później odbiło się to trochę na moim życiu. Bo choć korporacje nie są złe, człowiek nie jest dla nich najważniejszy. Nie oszukujmy się, najbardziej liczą się cyferki, kasa. Pokornie patrzę na to, czego korporacja mnie nauczyła. W dużej mierze zawdzięczam jej dobrą prezencję, brak problemów w kontaktach interpersonalnych, to, że wiele rzeczy potrafię wynegocjować. Korporacje to dobry start dla młodych ludzi, ale nie warto marnować w nich całego życia. Ja byłem w pracy non-stop, w pewnym momencie totalnie się zatraciłem. Budziłem się o 4 rano i wysyłałem do siebie maila z listą rzeczy, które mam do zrobienia. Pracowałem w branży, która jest bardzo wrażliwa na to, jak się sprzedaje. Jak się nie sprzedaje, jest źle. A czasem nie sprzedaje się z przyczyn niezależnych od człowieka. Cieszę się więc, że mogę być w miejscu, w którym jestem teraz. Realizować własne projekty i korzystać z życia. Nauczyłem się wsłuchiwać w siebie. Wcześniej nie miałem na to czasu.

Jak to się stało, że wpadłeś na pomysł stworzenia bloga?

Miałem taki okres w życiu, że intensywnie myślałem o tym, by zacząć coś swojego. Zastanawiałem się, co chcę dalej robić. Wiedziałem, że korporacja na dłuższą metę nie będzie dobrym rozwiązaniem. Założenie bloga doradziła mi koleżanka ze studiów. Początkowo byłem sceptycznie nastawiony, ponad rok temu temat blogosfery w ogóle dla mnie nie istniał. Ale pomyślałem, że mam brata, który robi dobre zdjęcia, a ja na modzie się znam, więc może warto spróbować. Moi znajomi, szczególnie koledzy, trochę się nabijali. Mam jednak dystans. Nie uważam, żebym robił coś bardzo ambitnego. Ale daje mi to  frajdę, a jeśli komuś jeszcze to pomaga, bo uczy np., żeby nie zakładać skarpet do sandałów albo jak dobrać dżinsy do figury, to mam poczucie, że wykonałem dobrą robotę. W pewnym momencie blog zaczął się rozwijać, a jego popularność przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Nie spodziewałem się, że w ciągu roku tyle się wydarzy i spotkam ludzi, których spotkałem. To jest chyba największa wartość – ludzie. Poznaję takich, którzy mają motywację, by realizować niszowe projekty, którzy z niczego potrafią zrobić coś. Także we mnie wiele się zmieniło, odkąd prowadzę bloga.

Co?

Nabrałem dystansu do siebie i tego, co mnie otacza. Nauczyłem się doceniać siebie i słuchać intuicji. Życie ma zupełnie inny smak.

Skąd nazwa „Ekskluzywny Menel”? Kontrowersyjna, więc mogła przyczynić się do sukcesu…

Nazwa na pewno mi pomogła. Najpierw używałem takiego nicku na Facebooku.

To z powodu brody?

Nie. Natknąłem się na wywiad z Maleńczukiem, w którym dziennikarz powiedział do niego: „Panie Maleńczuk, pan jest takim menelem. Na co Maleńczuk ze swoją nonszalancją odpowiedział: „Pewnie, że jestem menelem, ale ekskluzywnym”. To mi się wbiło w pamięć, bo pasowało do mnie. Mój styl jest trochę niechlujny, ale jednocześnie nieco „ekskluzywny”. Powstał „Ekskluzywny Menel”.

Wspominałeś, że robisz też rzeczy bardziej ambitne. Jakie?

Staram się działać społecznie. Pomagam małemu chłopcu z Afryki – łożę na jego edukację. Co pół roku dostaję list – część pisze on sam, część – jego opiekunowie – z którego dowiaduje się, co u niego. Jest super z wuefu, z matmy ma prawie same dwóje, ale zdaje z klasy do klasy.
Inwestuje także w siebie, studia, zajęcia dodatkowe.

Co zrobisz, jak przeminie moda a brody?

Moja broda nie jest wynikiem mody. Wyhodowałem ją w wielkich trudach.

Od dziecka?

Ha ha. Tak! Zdecydowałem się na brodę nie dlatego że była modna. Zresztą mody pojawiają się i przemijają. Parę lat temu wszyscy tańczyli, później – śpiewali, teraz gotują albo szyją. To się pojawia i wygasa, ale zostają grupy ludzi nadal zainteresowanych danym tematem. Jeśli ludzie tańczyli, tańczyć będą, najwyżej media nie będą o tym tak głośno mówić. Więc jeśli chodzi o brody – część kolesi je zgoli, ale to nie znaczy, że nie będzie już mężczyzn, którzy i tak będą je nosić. Tak jak nie znikną kobiety, które lubią mężczyzn z brodami. Myślę więc, że gdy moda przeminie, moja broda zostanie. Nie oszukujmy się, mężczyźni nosili brody od wieków.

Jak sobie radzisz z hejtem?

Ja tego hejtu nie mam tak dużo. Największy pojawił się po tym, jak gazeta.pl robiła ze mną wywiad. Liczyłem się z tym, że będą ludzie, którym spodoba się to co robię, ale będą też tacy, którzy będą mnie kopać w tyłek. Nie jestem w stanie zadowolić wszystkich. Świadomość tego pozwala mi zachować dystans. W Polsce adekwatne jest powiedzenie: „Postaw się na świecznik, a cię zgaszą”. Nie wiem czy to jest kwestia mentalności. Na Zachodzie jest inaczej. Ludzie więcej się uśmiechają. Może to kwestia pogody? Siedem miechy pluchy robi swoje. Z drugiej strony myślę, że jakbym skupiał swoją uwagę na tym, co ludzie mówią, to do tej pory „jadłbym z butelki”

Oceniasz czasami mężczyzn na polskiej ulicy?

Zwracam czasem uwagę na takie grzeszki, jak dżinsy boot cut, skarpety do sandałów, czy niedopasowana rozmiarowo odzież. Ale nie chcę być fashion police, wolę inspirować.

Wśród fanów masz więcej kobiet czy mężczyzn?

Kobiet. Na początku nad tym ubolewałem. W końcu robię bloga z modą męską, więc chciałbym żeby zaglądali na niego kolesie. Mam jednak świadomość, że choć bloga śledzą głównie dziewczyny, to później one ubierają swoich facetów. Jakoś trudno mi wyobrazić sobie facetów, którzy będą komentować zdjęcia, pisać – Wow! świetnie wyglądasz – nie na tym rzecz polega. Chodzi o to, że kiedy ktoś wejdzie na bloga i spodoba mu się stylizacja, dowie się, gdzie można kupić dane rzeczy. Nie oczekuje peanów na swój temat od chłopaków, ale fajnie się czuję, gdy dostaję pytania typu: „Wybieram się na taką i taką imprezę, co byś polecił założyć?” A tych jest coraz więcej.

Bardzo mi się podoba, że oprócz zdjęć stylizacji na twoim blogu jest muzyka. Najpierw chodzi ci po głowie kawałek i do tego dobierasz ubrania czy odwrotnie?

W telefonie mam aplikację, która ściąga i zapisuje utwory, które słyszę. Kiedy mam już gotową stylizację, przeglądam bibliotekę i wyszukuję kawałka, który nie tylko pasuje do niej, ale i do mojego nastroju w danym momencie.

Co ci najczęściej w duszy gra?

Muzycznie jestem otwarty, choć najbliższa jest mi chyba muzyka czarna. Według mnie ma duszę. Uwielbiam blaszkę w głosie czarnoskórych wokalistów, ich tembr głosu. Podoba mi się soul i jego głębia. Ale moim „odkryciem” roku byli: Bokka, Brodka, Kamp, Podsiadło, Abel Korzeniowski, Jungle

Masz swojego idola-ikonę stylu?

Chyba nie. Lubię styl Kupisza, Oliviera Janiaka. Fajnie ubiera się Radzimir Dębski.
Lubię stylizację Vanitasa. Choć niektóre są przejaskrawione, zupełnie nie w moim stylu, uważam, że ma zmysł do tego co robi. Jest jeszcze kilku chłopaków w blogosferze którzy fajnie sobie radzą z tematem.

Nosisz polskich projektantów?

Najbardziej lubię Kupisza, bo według mnie robi najbardziej męską modę. Trochę mi brakuje u projektantów właśnie takiego męskiego spojrzenia. Są garnitury, klasyka, ale brakuje mi mody w stylu casual – połączenia elegancji z nonszalancją, które jednocześnie pozostają męskie. Nie lubię ubrań, które powodują, że płeć ulega zatarciu. Mamy w tej chwili do czynienia z kryzysem męskości. Są mężczyźni-motyle albo pakerzy, którzy strzelają z liścia swojej dziewczynie i myślą, że są męscy. Dwie skrajności, brakuje środka. Na szczęście po modzie na metroseksualizm wraca idea normalnego kolesia (choć mam świadomość, że normalność to kwestia indywidualnej percepcji). W temacie mody – daje ludziom wolność. Każdy nosi to, co mu się podoba. I cieszę się ze swojej wolności w tym zakresie.

Jest coś, czego w ogóle byś nie założył?

Butów na obcasie. Nie podobają mi się też swetry-płachty, spodnie z wielkim krokiem. No, sukienki bym nie założył, szkocki kilt już tak.

Jaki jesteś na co dzień?

Prywatnie jestem zwykłym kolesiem. Nie latam po imprezach i eventach – ten etap mam już za sobą. Lubię zamknąć się z dobrą książką czy płytą w swoich czterech ścianach albo spotkać się z najbliższymi znajomymi. Żyjemy w zwariowanych czasach, więc to, co zwyczajne ma wartość.
ekskluzywny menel krzysztof adamek fashion ootd mens fashion blog zara river island hm lookbook2

Zdjęcia: Czarek Kazimierowski, Krzysztof Adamek.

Link do bloga Kamila: http://www.ekskluzywnymenel.com

Frytki zamiast torebki.

I inne artykuły z jesiennego wydania Si – Magazynu Czasu Wolnego. Od poniedziałku w salonach prasowych jako dodatek (spod lady!) do „Elle”, „Glamour”, „Twojego Stylu” i innych.

Si magazyn cover
12-13 frytki zamiast torebki
trend-color theraphy
trend black and white
Robert Kuta-1
Robert Kuta 2-2
polski design Si jesień 2014

Projekt graficzny: Lukas Thor-Thot.

Veruschka – mistrzyni znikania.

Veruschka exhibition 1

Przez magazyn „Vogue” nazwana „jednym z cudów naszych czasów”, z jedenastoma okładkami tego tytułu na koncie, Vera von Lehndorff, w świecie mody znana jako Veruschka, pierwsza niemiecka top modelka i ikona stylu lat 60., postanowiła porzucić branżę i zająć się sztuką. Efekty można oglądać od 27 września do 30 listopada w Spectra Art Space w Warszawie.

DSC_0233

Pierwszy raz zniknęła z rodzinnego Sztynortu, a właściwie wówczas wsi Steinort leżącej na terenie Prus Wschodnich (dziś Mazury). Był 1944 rok, nadciągali Rosjanie. Rodzice Very – hrabia Heinrich Graf von Lehndorff i hrabianka Gottliebe von Kalnein zadecydowali, że czas opuścić należący do rodziny od pięciuset lat pałac. Ojciec Very odprowadził ją, jej dwie siostry i matkę na pociąg. Wtedy dziewczynka – wówczas pięcioletnia – widziała go po raz ostatni. Miesiąc później został stracony w berlińskim więzieniu Plotsensee za udział w nieudanym zamachu na Hitlera 20 lipca 1944 roku w Wilczym Szańcu. Dla małej arystokratki rozpoczął się czas niedoli, dawne szczęśliwe życie odeszło w zapomnienie. Matka Very trafiła do obozu pracy (tam na świat przyszła najmłodsza z sióstr), dziewczynki – do domu dziecka w Bad Sachsa w Górach Harzu prowadzonego przez SS. Po wojnie udało im się odnaleźć. Początkowo pomieszkiwały w obozach dla uchodźców i u przyjaciół.

Vera rozpoczęła studia – malarstwo i projektowanie w Hamburgu, jednak tam też długo nie zagrzała miejsca. Wyjechała do Florencji uczyć się wzornictwa przemysłowego. Wysoka (1,83 m), smukła i zjawiskowo piękna została zaczepiona na ulicy przez fotografa – Hugo Mulasa, który doradził jej, by spróbowała swych sił w modelingu. Przeniosła się więc do samej stolicy mody – Paryża, ale spotkała się z krytyką – za wysoka, podobnie było w Nowym Jorku. Doszła do wniosku, że musi odnaleźć w sobie coś, co ją wyróżni. Tak narodziła się Veruschka – tajemnicza dziewczyna z zamiłowaniem do egzotyki (początkowo deklarowała, że pochodzi ze wschodu i często nosiła wzorzyste etniczne chusty – później taki wizerunek był jak najbardziej w zgodzie z panującymi wówczas trendami) i ogromną pewnością siebie. Podobno jej współpraca z „Vogue” rozpoczęła się od tego, że któregoś dnia przyszła do studia znanego fotografa – Irvinga Penna, mówiąc, że podobają jej się jego zdjęcia i chciałaby zobaczyć, czy potrafi ją sfotografować… Nie skończyło się na jednym zdjęciu. Ani na jednym fotografie. Sam Richard Avedon stwierdził, że jest najpiękniejszą kobietą na świecie, a magazyn „Vogue” uznał ją za cud i poświęcił jej 11 okładek. W 1966 roku zapadła w pamięć szerokiemu gronu odbiorców za sprawą seksownej sceny w kultowym „Powiększeniu” Michelangelo Antonioniego. Była na samym szczycie. Nie chciała jednak pozostać tylko manekinem, zmieniać się zgodnie z tym co dyktują inni. Wtedy znowu postanowiła zniknąć.

Wyjechała do Peterskirchen. Walczyła z depresją. Pewnego dnia, w 1969 roku poznała Holgera Trulzscha – muzyka, malarza i rzeźbiarza. Zaprzyjaźniła się z nim, a pewnego dnia wręczyła mu do ręki aparat z prośbą, by ją fotografował. To był początek niezwykłej współpracy tych dwojga artystów. Postanowili połączyć malarstwo i fotografię. Obrazy powstawały na ciele Lehndorff (malowanie potrafiło trwać nawet kilkanaście godzin) i miały za zadanie pozwolić jej wtopić się w tło. I to nietypowe, bo za studio służyły tej niezwykłej parze dość zaskakujące miejsca – opuszczona hala targów rybnych w Hamburgu (stalowa konstrukcja z XIX wieku) czy magazyn z używaną odzieżą i tkaninami w Prato nieopodal Florencji. Aby Vera mogła zniknąć na tak charakterystycznym tle, bryła ciała musiała optycznie ulec spłaszczeniu. Pomogła w tym technika tzw. rysunku anamorficznego.

Bodypainting zajmował parę aż do 1988 roku. Przez ten czas powstało kilka cykli prac.
Trzy z nich można podziwiać podczas wystawy duetu Lehndorff-Trulzsch „Behind the Appearances” w warszawskiej galerii Spectra Art Space. Są to: „Mimicry-Dress-Art” (1970–1973), „Oxydation” (1978) i „Prato/Sirius” (1985–1988). Pierwszy z nich pozwolił Verze przerodzić się w gwiazdy – symbole naszych czasów i stał się parodią lansowanych do znudzenia przez media celebrytów. Drugi – na chwilę pozbyć się ludzkiego ciała, zamienić w zwierzę, przedmiot i pozbyć się osobowości. Ostatni – zniknąć wśród kolorowych zwojów tkanin. Wszystko jest tu jednak prawdziwe. Bez Photoshopa.

DSC_0223DSC_0222DSC_0220Veruschka1
small Lehndorff-Trulzsch_Mimicry_Dress_Art_Gilda_1973

Vera Lehndorff i Holger Trulzsch opowiadają o swojej wystawie.

Vera Lehndorff i Holger Trulzsch opowiadają o swojej wystawie.

Veruschka jeszcze w obiektywie Helmuta Newtona.

Veruschka jeszcze w obiektywie Helmuta Newtona.

Wystawa "Behind the Appearances" Very Lehndorff i Holgera Trulzscha dostępna w każdą sobotę i niedzielę w godz. 11:00-18:00 w Spectra Art Space przy ul. Bobrowieckiej 6 w Warszawie. Od 27 września do 30 listopada 2014 roku. Wstęp wolny.

Zdjęcia: Magdalena Zawadzka, materiały prasowe.

Artykuł powstał m.in. w oparciu o tekst Agnieszki Wojcińskiej "Wyszła z domu na 63 lata"/Polityka i Anny Marty Twardowskiej "Veruschka nad rozlewiskiem"/Wysokie Obcasy.

Marge Simpson nową it girl?

TheSimpsons-BEAUTY small
Chcecie być piękne jak Marge Simpson, MAC ma dla was rozwiązanie. Znana z ciekawych kolaboracji marka kosmetyków kolorowych tym razem zainspirowała się postacią fikcyjną. Za to legendarną. Wyłupiastooka Marge Simpson o ekscentrycznej niebieskiej fryzurze – bohaterka amerykańskiego serialu dla dużych dzieci – już wcześniej stała się obiektem pożądania, kiedy to „Playboy” umieścił ją na jednej ze swoich okładek (i dał jej rozkładówkę). Wydanie magazynu dla panów miało charakter kolekcjonerski. Tak też należy traktować linię kosmetyków MAC, która od września do kupienia jest w salonach marki w warszawskich Złotych Tarasach i Galerii Mokotów oraz na http://www.maccosmetics.pl. W jej skład wchodzą: dwie palety cieni do powiek w intensywnych kolorach, róż do policzków, naklejki na paznokcie, sztuczne rzęsy oraz błyszczyki w czterech odcieniach. Wizerunek Marge zdobi opakowania, tłoczony jest na powierzchni cieni i różu, pojawia się na naklejkach. Wszystkie kosmetyki mają zaskakujące nazwy. Hit? Fioletowy błyszczyk „Itchy, Scratchy & Sexy”, czyli w luźnym tłumaczeniu – swędzący szorstki i (nadal) seksowny. No cóż, po tym jak Karl Lagerfeld zaprojektował buty sportowe i plecaki, a Jeremy Scott torebki w kształcie opakowań „Happy Meal” i bluzę ze SpongeBobem dla marki Moschino, nic w kwestii stylu nie powinno już dziwić.

Playboy cover with Marge Simpson

SIMPSONS-LIPGLASS-Itchy & Scratchy & Sexy-300

TheSimpsons-AMBIENT-small

Dobra forma Simple.

Simple 1
W środę w H15 Boutique Apartments marka Simple zaprezentowała kolekcję na sezon jesień-zima 2014/2015. W jej skład wchodzą trzy linie ubrań: Business, Ready-to-wear i Evening, których nazwy nie budzą wątpliwości co do ich przeznaczenia. Wszystkie zaprojektowane są jednak tak, że wchodzące w ich skład ubrania można dowolnie ze sobą zestawiać. Łączy je bowiem zbliżona kolorystyka i minimalistyczne formy – nieoczywiste, a jednak nieudziwnione i dopracowane w każdym calu. Dominują odcienie szarości (zwłaszcza w postaci swetrów oversize oraz biznesowych sukienek i garniturów) oraz tkaniny w wersji metalik – od czasu do czasu ocieplone różowym, śliwkowym i bordowym.

Mocną stroną kolekcji są detale – ciekawie poprowadzone cięcia, zaszewki i plisy tworzące strukturę strojów, skórzane wstawki oraz modne w tym sezonie suwaki pełniące nie tylko funkcję użytkową, ale i dekoracyjną. Równie ważne są tkaniny – futurystyczne połyskujące neopreny, nabłyszczane wełny, jedwabie przekornie zestawiane z dzianinami i babcinymi wełnami. Ciekawe połączenia są cechą charakterystyczną i atutem kolekcji. Moi faworyci? Szary sweter oversize w duecie z dopasowaną do sylwetki spódnicą uszytą z bardzo delikatnych cekinów przypominających łuskę, stylizacje w stylu boho, ale w nowoczesnym wydaniu i dopełnione torbami z milionem frędzli, akcesoria w duchu retro i sztyblety z mocnymi akcentami kolorystycznymi.
DSC_0173
DSC_0159
DSC_0165

Inspiracja? Miasto. Najchętniej Paryż. To właśnie tam powstała kampania wizerunkowa marki. Za obiektywem stanął Frederic Pinet, przed – Maddie Kulicka.
Simple aw14/15 1Simple 140626_010B_015140626_050_114Simple 140626_150_175

Zdjęcia lookbookowe zrobiła natomiast Aldona Karczmarczyk. Pozowała Zosia Promińska.
Za stylizację obu sesji odpowiadała Ina Lekiewicz.
SIMPLE_070714-8123
SIMPLE_070714-8147
SIMPLE_070714-8654kolor-mini
SIMPLE_070714-8675
SIMPLE_140814-10974 mini
SIMPLE_070714-8415 mini

Tak powstawał lookbook:

Zdjęcia: Magdalena Zawadzka, materiały prasowe Simple.

FOORIAT: Dla mężczyzn z charakterem.

FOORIAT

W czasie, gdy świetnie się mają tanie w produkcji i raczej bezkształtne ubrania z dzianin, ona postawiła na te o wysublimowanej konstrukcji i z tkanin wysokiej jakości. Asia Wysoczyńska, założycielka marki FOORIAT ma odwagę i pewność siebie w tym, co robi. Projektuje dla mężczyzn o podobnych cechach. Takich, w których drzemie wojownik.

01FOORIAT_GenevaStorm_7MZ

Do tej pory projektowałaś pod swoim nazwiskiem – zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Dlaczego zdecydowałaś się stworzyć brand FOORIAT, a nie projektować dalej po prostu jako Asia Wysoczyńska?

Nie da się ukryć, że moje nazwisko do łatwych nie należy. Myśląc o rynkach zagranicznych chciałam ułatwić odbiór marki. Poza tym, mimo że FOORIAT pozostaje marką autorską, to zawiera elementy powstałe w wyniku kooperacji z innymi twórcami – rysownikami i projektantami graficznymi. Autorem całej identyfikacji wizualnej jest Grzegorz Badzio, który miał też niebagatelny wpływ na narodziny brandu i wykrystalizowanie jego konceptu.

Chcieliśmy zaoferować dobry produkt wsparty filozofią marki, nie tworzyć zbędnego dystansu poprzez nazwisko projektanta na metce. Dzięki temu marka może być postrzegana przez wartości, które reprezentuje, jakość produktów i otoczenie komunikacyjne związane bezpośrednio z nią, a nie poprzez nazwisko czy konkretną osobę.

FOORIAT to samodzielny spójny koncept. Tym samym moda męska została niejako odseparowana od projektów bardzo odległych wręcz artystycznych jak „Puppen” czy tworzenie kostiumów dla 30-centymetrowej Marylin Monroe. Swoim nazwiskiem w dalszym ciągu firmuję projekty dla kobiet.

Dlaczego w dobie mody na dresy i T-shirty oversize zdecydowałaś się tworzyć rzeczy nawiązujące do klasyki, eleganckie, z wysokogatunkowych tkanin?

Dres? W mojej szafie nie ma dresu. Dlaczego więc miałabym próbować ubierać tak swojego klienta? Nie chcę podpinać się pod chwilowe tendencje i powielać utartych komercyjnie szlaków. Uwielbiam szarość, ale szary dres jest poza językiem mojej estetyki. W każdym razie w wydaniu, w jakim jest go obecnie najwięcej. Wolę pracę z konstrukcją i budowanie sylwetki niż ukrywanie jej w dzianinowych ubraniach oversize. Nie dyskwalifikuję oczywiście T-shirtu, który może doskonale dopełniać nasz odzieżowy przekaz, budując nawet swego rodzaju dramaturgię. Proponowane przez FOORIATA wzory się do tego nadają – ironicznie pointują ludzkie starania wywarcia strojem określonego wrażenia, czy też dowcipnie przełamują powagę ubioru. Uwielbiam tkaniny, często wybieram je zanim pojawi się pierwszy impuls do powstania kolekcji czy pojedynczego projektu. Szukam takich, które mają niestandardowe właściwości, mimo minimalistycznego charakteru czy pozornej zwykłości.

Czym jest Warmour™. Jaka była idea jego powstania?

W tym wypadku najpierw było ciało, a potem słowo. Projekt wyruszył w świat z roboczą nazwą, szeleszczącą polskimi zgłoskami, by gdzieś przy Place Joffre w Paryżu przejść metamorfozę i wyizolować się z całości kolekcji. Warmour to zbitka słów warm i armour. To nowy termin, tak jak nowy jest sam produkt – pełniący rolę szala i ciepłej kamizelki. Impulsem do jego powstania był nasz klimat, choć myślę, że Warmour doskonale sprawdzi się pod wieloma szerokościami geograficznymi. Warmour pozwala docieplić newralgiczne części ciała bez krępowania ruchów. To również odpowiedź na potrzeby aktywnego człowieka. Tasiemki mocujące, które mogą być różnorodnie aranżowane, zmieniają styl – umożliwiają uzyskanie efektu elegancji lub sportowego luzu.

FOORIAT

FOORIAT

Czym są tkaniny typu memory shape? Jakie mają właściwości? Dlaczego je wykorzystujesz?

To tylko jeden z wielu typów tkanin funkcjonalnych – poliamid. Zwykle unikam sztucznych tworzyw. Preferuję naturalne tkaniny, ale ten poliamid okazał się nie tylko bardzo miły w dotyku, ale też pozwalający na interesujące zabiegi formalne. Chociaż przy odrobinie techniki tkaniny z naturalnych włókien również mogą zyskać inny wymiar. W nowej kolekcji mam kilka tkanin z powłoką, która modyfikuje właściwości bazowego surowca. Taka mieszanka lnu i bawełny nabiera zupełnie nowego charakteru. Poza bardzo nowoczesnymi tkaninami wykorzystuję również tkaniny klasyczne z rodzinnych manufaktur o wieloletnich tradycjach.

Twarząkampanii FOORIAT był Marcin Trygar, na Fanpage’u marki na zdjęciach pojawił się Ingimar Hrimnir Skulason. Dlaczego właśnie ich wybrałaś do promowania marki?

Zarówno do kampanii jak i do pokazu w Genewie szukaliśmy po prostu interesujących osobowości. FOORIAT skierowany jest do mężczyzn, stąd wybory twarzy o mocnym wyrazie. Marka przyciąga charyzmatyczne osoby, bo się z nią utożsamiają. To często taki „BizRebeliant”, bo nasza oferta jest w stanie sprostać wymaganiom elegancji, a daleko jej do nudy.

FOORIAT

FOORIAT

Jakie są 3 najważniejsze cechy marki?

Nowoczesna elegancja, jakość, wyszukana funkcjonalność.

Mężczyzna, z którym chętnie umówiłabyś się na drinka to… (i czy to właśnie dla takich mężczyzn projektujesz?)

Preferuję wino i mężczyzn, którzy, podobnie jak ono, z wiekiem stają się coraz bardziej interesujący. Ciekawe, że z ubraniami może się dziać podobnie – nabierają uroku wraz z pojawianiem się zagięć i załamań wynikających ze sposobu użytkowania, określając tym samym charakter ich posiadacza. Dlatego też stawiam na styl i konsekwencję, a nie rozchwiane tendencje. Dobre rzeczy ładnie się starzeją. Nie wszystko musi wyglądać jak spod igły wyjęte, choć muszę przyznać, że mam słabość do „efektu żelazka”!

Jaka jest twoim zdaniem najbardziej obciachowa, a jaka najfajniejsza rzecz w modzie męskiej?

Nic tak nie psuje wrażenia jak źle dopasowane do osoby ubrania – i mam tu na myśli zarówno niedopasowanie stylistyczne (co powoduje efekt przebrania), jak i zwyczajne ignorowanie wymagań sylwetki – noszenie zbyt małych lub zbyt dużych ubrań. Najfajniejsze są detale, których rola jest ogromna. Właśnie one determinują odbiór całości – określają styl i charakter danej rzeczy. To spacer po linie. Każdy krok niesie ze sobą ryzyko, ale i potencjał – to ekscytujące.

FOORIAT

Gdzie można kupić ubrania FOORIAT?

Na razie jesteśmy dostępni w sieci – na naszej stronie. Wybrane modele można będzie lada moment kupić za pośrednictwem międzynarodowej platformy sprzedaży mody autorskiej Not Just A Label. FOORIAT to jeszcze młoda marka, jednak zdążyliśmy się już pokazać w czasie targów i pokazów zarówno w Polsce, jak i za granicą m.in. podczas pokazu w Genewie. Obecność w showroomach w Lozannie i Bejrucie pozwoli, mam nadzieję, wykroczyć poza ramy dystrybucji on-line i umożliwi klientowi to, na czym najbardziej nam zależy – kontakt z produktem od początku procesu kupowania. Jakość tkanin i wykończeń oraz nacisk na konstrukcję ubiorów są charakterystyczne dla FOORIATA, a trudno jest wyeksponować ich zalety w wirtualnej rzeczywistości w sposób nas satysfakcjonujący.

FOORIAT

FOORIAT

FOORIAT

07FOORIAT_GenevaStorm_8MZ

Zdjęcia: Adam Balcerek (kampania z udziałem Marcina Trygara), archiwum FOORIAT (pozostałe zdjęcia).

Strona marki: http://www.fooriat.com/